Pierwsze rodzinne wakacje – okiem Wesołego Taty

Jak już wiecie Wesoła Rodzinka postanowiła pojechać na pierwsze prawdziwe rodzinne wakacje. Pozostało tylko zdecydować gdzie. Naszą główną potrzebą była możliwość odprężenia od codziennego zgiełku. Z drugiej strony niezbędne było zapewnienie atrakcji dla najmniejszego członka naszej rodziny. I tak niespodziewanie spadła na nas propozycja wyjazdu do Toskanii.

Pierwsze Rodzinne Wakacje - okiem Wesołego Taty

Prolog 🙂

Wakacje w Toskanii marzyły nam się od dawna, ale nigdy nie mogliśmy zebrać chętnych. Tym razem zgłosili się do nas sami. Pomysł od razu przypadł nam do gustu i zaczęliśmy szukać domu na wynajem. Po kilku tygodniach wymieniania się ofertami wybraliśmy Poggio a Mandria nieopodal XIII wiecznej miejscowości Montegonzi. Spory kamienny dom składający się z czterech sypialni i otwartej na salon kuchni z dużym stołem otoczony ogrodem z basenem i gajem oliwnym był idealnym rozwiązaniem na tygodniowe wakacje dla 3 rodzin.

Jak przygotować rodzinny wyjazd?

Poczułem się jakbym dostał obuchem łeb, gdy dotarła do mnie myśl, że następnego dnia wyjeżdżamy. Ilość rzeczy do naszykowania, spakowania i zaplanowania była tak duża, że wydawała się niemożliwa do ogarnięcia. Ku mojemu zaskoczeniu dość szybko udało nam się opanować sytuację i już koło pierwszej w nocy staliśmy pośrodku pobojowiska gotowi do wyjazdu. To naprawdę niesamowite uczucie, gdy gratulujesz sobie z małżonką świetnie wykonanej pracy i uświadamiasz, że nie masz euro na wyjazd.

W takich chwilach człowiek zaczyna doceniać takie rozwiązania, jak kantory internetowe, infolinie całodobowe czy przelewy natychmiastowe. Jest też z siebie dumny, że zapomniał zamknąć konto walutowe i dzięki temu miał możliwość zakupu większej sumy euro w środku nocy.

Na szczęście udało mi się ustalić oddział banku dysponujący pożądaną przez nas sumą waluty i który jest w pobliżu naszej trasy.

Jak podróżować autem z małym dzieckiem?

Wstajemy prawie zgodnie z planem. Młodzieżowy dostaje śniadanie a my kończymy przygotowania. Wszystko idzie jak po maśle – po trzech rundach z bagażami i z zaledwie półtoragodzinną obsuwą odjeżdżamy na upragnione rodzinne wakacje. Postanowiliśmy jechać przez Czechy i Austrię, a podróż podzieliliśmy na dwa równe odcinki z noclegiem w Lieboch pod Grazem, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg w Cafe Galerie.

Pierwszy dzień nie był najłatwiejszy. Do wyjazdu z Polski szło nam nieźle, mimo wymuszonego postoju w Częstochowie na wspomnianą wcześniej wymianę waluty. Ogólnie trasa minęła bez większych korków, ale niestety najmniejszy podróżnik już w Czechach zaczął się niecierpliwić. Mimo zabranego mnóstwa zabawek, różnych przysmaków i wałówki niestety nie obyło się bez płaczu. Na szczęście pomocny okazał się taki repertuar wokalny, jak „Wlazł kotek na płotek”, „Pieski małe dwa” czy „Koła autobusu kręcą się”.

Nocleg był świetny – mini apartament z dużym łożem i łóżeczkiem. Zamówioną w barze kolację dostaliśmy do pokoju. Śniadanie też rewelacyjne. Obsługa przesympatyczna. Kelnerka okazała się Polką, więc chętnie z nami porozmawiała i opowiedziała swoją historię.

Po takim początku drugi dzień podróży minął szybko i bezproblemowo. Synek już przyzwyczaił się do jazdy. Nagle fotelik okazał się dużo wygodniejszy. Dojechaliśmy też do tej widokowej części trasy, czyli pogranicza włosko-austryjackiego, które jest przepiękne. Autostrada na tym odcinku jest pełna wiaduktów i tunelów, co urozmaiciło trasę. W samych Włoszech jechało się dość monotonnie. Natomiast, po zjeździe z autostrady dość szybko zaskoczyła nas kręta i wąziutka górska dróżka przeciskająca się pomiędzy winnicami i gajami oliwnymi a prowadząca do naszego domku.

Deszczowe rodzinne wakacje

Dom był naprawdę super – dokładnie taki, jaki sobie wymarzyliśmy i dokładnie taki, jak był opisywany w ofercie. Dookoła sporo miejsca dla dzieciaków, drzewa oliwne, figowiec i basen. Z minusów nie było pogody. Jak na Włochy było chłodno i brakowało słońca. Codziennie też trochę popadało. Dlatego szybko musieliśmy na nowo zaplanować najbliższe dni. Zaletą Toskanii jest to, że w zasięgu 50 km znajdziesz mnóstwo ciekawych miejsc do obejrzenia. I tak kolejno zaliczyliśmy Montegonzi, Arezzo, Florencję, Sienę, Castellina in Chianti oraz Radda in Chianti. Mieliśmy też dużo szczęścia do lokali, w których się stołowaliśmy, bo za każdym razem jedzenie było przepyszne. Ponieważ dzik jest symbolem Toskani, to miałem okazję skosztować sporo potraw z dziczyzny. Humory poprawiały nam również wyśmienite wino. Podczas degustacji w winnicy Castalici dowiedzieliśmy się, czym charakteryzuje się wino z Chianti i na co zwracać uwagę przy wyborze.

Chwila oddechu

Cały wyjazd dał nam dużo energii i utwierdził w przekonaniu, że Włochy to nasz drugi dom. Sama Toskania nas po prostu zauroczyła. Jednak wrażenia i emocje związane z tym wyjazdem nie byłyby aż takie, gdyby nie jeden dzień spędzony tylko we dwoje i to jeszcze we Florencji.

Na samym początku byliśmy sceptyczni, bo choć autostradą dojechaliśmy bardzo szybko, to przejazd do centrum był wyzwaniem. Wąskie dość zaniedbane jednokierunkowe ulice, na których trzeba mieć oczy dookoła głowy. To skuter przemknie milimetry obok Twojego lusterka, to pieszy wpakuje Ci się przed maskę, nie wspominając o kierowcach, którzy chyba nigdy nie szkolili się ze znajomości znaków. Kiedy jednak zostawiliśmy samochód na parkingu i przeszliśmy się uliczkami i placami starówki, to miasto nas urzekło. To był jeden z nielicznych słonecznych dni więc jego połowę spędziliśmy w ogrodach pałacu Pittich, skąd można podziwiać panoramę Florencji. Czytana niedawno książka Inferno, pozwoliła nam skupić się na kilku szczegółach, które pewnie normalnie nie zrobiłyby na nas takiego wrażenia.

Później najstarszym florenckim mostem Ponte Vechio wypełnionym licznymi sklepami jubilerskimi przeszliśmy na drugą stronę rzeki Arno, gdzie krążąc raz mniejszymi raz większymi uliczkami doszliśmy w końcu do Il Duomo, czyli Katedry Santa Maria del Fiore. Ponieważ kolejka do wejścia była tak długa, że moglibyśmy w niej spędzić resztę dnia, postanowiliśmy pójść na lody. Tak, te najdroższe lody w naszym życiu, o których pisała Wesoła Mama. Skończyliśmy je jeść na schodach Bazyliki San Lorenzo. To był naprawdę udany dzień, który spędziliśmy po swojemu. Bez pośpiechu. Bez krzyku i płaczu. Każdy od czasu do czasu potrzebuje takiego dnia. A ile mieliśmy siły wieczorem na zabawy z synkiem 😉

Największa piaskownica w życiu

Na koniec wyjazdu postanowiliśmy jeszcze wygrzać się nad morzem i skoczyliśmy do Rimini. Ponieważ byliśmy po sezonie udało nam się zarezerwować 4-gwiazdkowy hotel za zupełnie śmieszne pieniądze. Dodatkowo dostaliśmy wyższy standard pokoju niż zamówiliśmy – z łaźnią parową, wielkim tarasem i widokiem na morze. Po szybkim rozpakowaniu pobiegliśmy na plażę. Nasz synek pierwszy raz był nad morzem. Nigdy nie widział tak wielkiej piaskownicy. Oprócz olbrzymich plaż kolejnym atutem Rimini jest bardzo płaskie zejście do morza. Nawet po kilku metrach woda wciąż sięga do kolan. Dzięki temu jest też bardzo ciepła. To naprawdę idealne warunki do zapoznania dziecka z morzem.

Następnego dnia zaraz po nieziemskim śniadaniu pojechaliśmy do San Marino. To małe państwo Jest zaledwie 30 km od Rimini, a górę na której jest umiejscowione widać jeszcze nadmorskiego kurortu. Przyjechaliśmy dość wcześnie, więc udało nam się znaleźć miejsce na najwyższym parkingu. Dzięki temu też w samym starym mieście nie było jeszcze tłumów, więc bez problemu mogliśmy poruszać się z wózkiem. Nasz synek już raczej nie jeździ i pieszo zalicza spore dystanse, ale w związku z małą ilością czasu, nierówną powierzchnią ścieżek i licznymi wzniesieniami woleliśmy przewieźć go w wózku. Obejrzeliśmy baszty, powyglądaliśmy z tarasów widokowych i pokręciliśmy się uliczkami miasta, jak zwykle zaglądając w różne rzadziej uczęszczane zakamarki.

W południe wyruszyliśmy w trasę powrotną. Kostek większość drogi przespał, budząc się właściwie wyłącznie na postoje. Nocleg w Austrii nas przeraził, dlatego bez dłuższego zastanawiania się postanowiliśmy jechać prosto do domu. I tak o 5:30 dotarliśmy na miejsce.

To były naprawdę fajne rodzinne wakacje. Kolejny wspólny wyjazd, tym razem zimowy, najprawdopodobniej również będzie do Włoch 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Cresta Facebook Messenger